Dziecko vs. Internet

W dzisiejszym świecie trudno wyobrazić nam sobie życie bez Internetu, telefonu, tabletu.  Często zdarza się, że są one nam bliższe niż np. nasi domownicy. Pochłaniają czas. Zabierają nam bezcenne chwile, które moglibyśmy spędzić z najbliższymi.

Nie pytam. Nie osądzam.  Zastanówcie się jednak drogie mamy i drodzy tatusiowie ile czasu, który moglibyście spędzić razem, ze swoimi dziećmi, na świeżym powietrzu spędzacie bezproduktywnie przy komputerze.

Zaraz ktoś powie robisz to samo.

Oczywiście tez korzystam z telefonu, z Internetu. Staram się jednak robić to wtedy gdy jestem sama. Gdy mąż jest w pracy, córeczka śpi. Tak, aby moje dziecko nie kojarzyło dzieciństwa z mamą, która nieustannie gapi się w monitor. Jasne, że zdarzyło mi się dzwonić przy dziecku czy wysłać jakiegoś e-maila. Nie ma po popadać w paranoję, ale staram się robić tego jak najmniej.

Zgrozą napawa mnie gdy widzę mamusie pytające o porady „lekarskie” na forach internetowych. A nie prościej iść z dzieckiem do lekarza niż pytać na kolejnym forum internetowym? Oczywiście warto zapytać, przejrzeć objawy, ale Dr. Google nie zastąpi nam wizyty u pediatry! Oczywiście nie jestem zwolenniczką biegania do lekarza z byle pierdołą, ale czasem są to naprawdę poważne rzeczy, a mamusie piszą „doradźcie mi kochane co mam zrobić”. Pamiętam jak w ciąży z nudów czytałam pewne forum dla mamusiek rodzących mniej więcej wtedy co ja. I pamiętam jak pewna dziewczyna w zagrożonej ciąży mając niepokojące objawy zamiast jechać do ginekologa i to skonsultować pytała na forum „miała, któraś z Was podobnie?”.

I druga sprawa, w której nasze dziecko jest bezradne, a mamusie cieszy się z lajków na fejsbuku. Może jestem dziwna, może prawie nie istnieję, bo przecież „kto nie ma facebooka ten nie istnieje”… Napisałam prawie, bo profil na wspomnianym portalu posiadam, ale raczej do obserwowania, sprzedaży jakichś drobiazgów czy innej aktywności. Na pewno nie po to, aby oznajmiać całemu światu, że idę na zakupy albo moje dziecko zjadło nową kaszkę…  Okres gdy „upubliczniałam” swoje życie przez dodawanie zdjęć z wakacji, imprez czy wyjątkowych okazji skończył się ( mam nadzieję bezpowrotnie) prawie dziesięć lat temu na przełomie gimnazjum i liceum. Nie przeczę od czasu do czasu zdarza mi się wrzucić jakieś zdjęcie np. ze ślubnej sesji czy mojej córeczki gdy się urodziła. Ale nie: „pierwsza bułka Hani”, „Antoś już prawie siedzi”, „nowy pojazd Hani”, „prezenty Mikołajkowe od chrzestnych”, „pierwsza zupka Michałka”, „sobotnie zakupy Antosia”… i wiele, wiele innych.  (imiona zmienione- opisy zaczerpnięte ze zdjęć znajomych, którzy muszą oznajmić całemu światu, że ich dziecko beknęło czy pierdnęło…) Już dawno postanowiłam sobie, że te wyjątkowe chwile spędzone z dzieckiem są MOJE. Nie wszystkich wkoło, nie całej fejsbukowej społeczności.

A do tego jeszcze zdjęcia gołych bobasków. Przecież to takie słodkie… No jest słodkie, ale czy droga mamo z taką samą chęcią wrzucałabyś swoje nagie zdjęcia? Może ktoś też uzna, że to takie słodkie… Chcesz dodawaj, ale pomysł, że za kilkanaście lat, gdy Twoje dziecko będzie w gimnazjum być może przyjdzie do Ciebie i z wyrzutem zapyta „dlaczego moi koledzy mają moje nagie zdjęcia gdy byłem mały? I śmieją się ze mnie….” Oczywiście nie ma  w tym nic śmiesznego, ale wszyscy wiemy jakie w tym wieku są dzieciaki. Czy konieczne jest, abyś pokazywała wszystkim te chwile, które spędzacie przy kąpieli maleństwa, albo jak słodko się do Ciebie uśmiecha? Być może dla Ciebie konieczne. Ja wolę zachować je dla siebie. Dla mnie to właśnie są wyjątkowe chwile. Takie, które spędzam z moją rodziną. Nasze. Wspólne. Nikogo więcej.

 

Zła matka dziecka nie nosi…

Moje szczęście skończyło pół roku! I jak każda mam uważam, że jest najpiękniejszą, najwspanialszą i najsłodszą dziewczynką na świecie. A tak! Wolno mi tak uważać, bo każda z Was o swoim dziecku myśli dokładnie tak samo. Dla każdej matki ich dziecko jakie by nie było zawsze będzie tym najcudowniejszym ;)

Ale wracając do tematu postu… W ostatni weekend wybraliśmy się z mężem do znajomych, którzy mają synka o 5 miesięcy starszego od naszej kruszynki. O dziwo córeczka była tam pierwszy raz i bardzo pozytywnie nas zaskoczyła. Nie bała się, ani nowego otoczenia, ani „nowych” twarzy (co prawda poznała ich, ale gdy była sporo mniejsza), ani raz nie zapłakała, a nawet była tak rozgaworzona, że doprowadziła do płaczu ich synka.

Przy okazji tej wizyty moja koleżanka i jej wszechobecna mama uświadomiły mnie jaką złą matką jestem i jak bardzo krzywdzę swoje dziecko, bo:

-po pierwsze: nasze dziecko zasypia samo (o zgrozo!) w… łóżeczku. Podczas gdy ich synek musi spać z rodzicami na łóżku, a gdy rodzice nie mogą (tak jak wtedy gdy siedzieli z nami) do sypialni wkracza babcia i ona z nim śpi. Ciekawe czy będą z tego tacy zadowoleni gdy przyzwyczajony dwu, trzy latek nie będzie chciał spać sam…

-po drugie: zaraz po przebudzeniu nie wyrywam dziecka z łóżeczka tylko pozwalam jej się chwilę poprzeciągać, pobawić karuzelką  i ciekawsko porozglądać. A zgrzytałam zębami gdy babcia owego chłopczyka mówiła do mojej córki „no zobacz jaką ty masz mamę, nie chce wyciągnąć Cię z łóżeczka”. Sytuacja ta miała miejsce zaraz po przebudzeniu małej, która słodko zasnęła na godzinkę w łóżeczku swojego kolegi (w końcu jego łóżeczko to tylko składowisko zabawek więc spokojnie mogłam położyć tam córeczkę, chłopczyk i tak z łóżeczka nie korzysta). A po przebudzeniu się w nowym miejscu rozglądała się i uśmiechała do nowych, innych zabawek. Ani się nie skrzywiła.

-po trzecie: nie noszę mojego dziecka ciągle na rękach! Tak to mój grzech największy! Oczywiście, że noszę, tulę, całuję, tańczę z nią, ale wszystko  staram się wypośrodkować, aby nie dopuścić do sytuacji gdy wyrośnie mi mały terrorysta domagający się płaczem całodobowego noszenia na rękach.  Za to kolegę mojej córki babcia nauczyła tak nosić, że „teraz Kamilka to już go unieść nie może i ja go muszę nosić”.

Jestem okropną matką. Moja córka potrafi chwilę sama się pobawić i nie nauczyłam jej zasypiania w wózku czy na rękach…

Ciekawe czy kiedyś mi to wybaczy…

Walka o becikowe…

Nasza walka o pięknie nazwaną „Jednorazową zapomogę z tytułu urodzenia dziecka”, czyli potocznie becikowe trwała ponad miesiąc. Kompletowanie, donoszenie dokumentów, kilkakrotne wizyty w MOPS-ie, telefony… Ale w końcu się udało otrzymać osławiony tysiąc złotych.

Jako osoba, która przeszła już przez tą całą „wieloetapową procedurę” jak określiła to pani w MOPS-ie chciałabym doradzić wszystkim przyszłym mamom, aby wcześniej dowiedziały się DOKŁADNIE jakie dokumenty będą musiały donieść. Ja zabrałam z MOPS-u listę potrzebnych papierów, ale nie wyjaśniłam mojej dość skomplikowanej sytuacji zawodowej (w celu wyjaśnienia odsyłam do wpisu „Bezrobotna ciężarna…”) i jak się potem okazało wiele jeszcze dokumentów musiałam donieść.

Jeszcze przed porodem zrobiłam mężowi listę wszystkich formalności jakie musi załatwić po urodzeniu dziecka i gdzie w tym celu musi jechać. Oczywiście największą część listy zajęło becikowe. Napisałam mu odręczne upoważnienia do różnych urzędów. W skarbowym jednak okazało się, że żadnych upoważnień nie trzeba, bo jako mąż ma dostęp do wszystkich moich danych. W ZUS-ie natomiast zażądali upoważnienia na ich druku. Czyli kolejna wizyta zapewniona. Papiery z mojej pracy odebrał. Według listy z MOPS-u wszystkie dokumenty były skompletowane. I tutaj najlepsze: wizyta w MOPS-ie. Kolejki były tak gigantyczne, że dopiero za trzecim razem udało mu się złożyć dokumenty. Pani je przejrzała, powiedziała że są ok i kazała czekać na decyzję.

Po prawie miesiącu otrzymaliśmy list „proszę złożyć brakujące dokumenty”. Mąż był już po tacierzyńskim więc do MOPS-u pojechałam ja. Jak się okazało musiałam podpisać zupełnie pusty dokument – jakiś załącznik. Nie wypełnialiśmy go, bo nie było co… Ale jak się okazało musiał być złożony chociaż pusty. Podpisałam. Spytałam kilkakrotnie czy to już na pewno wszystkie dokumenty, bo mam problem z opieką nad dzieckiem, a nie chcę zabierać wszędzie ze sobą noworodka.

Minęło kilka dni. Dzwoni do mnie wściekły mąż z informacją, że dostał telefon z MOPS-u, bo brakuje dokumentu o mojej pracy w 2013 roku… Moja praca? W 2013 roku jeszcze studiowałam, a tylko miesiąc byłam na stażu. I za ten staż musiałam złożyć zaświadczenie z PUP-u. Bo nie wystarczyło zaświadczenie ze skarbowego o kwocie wolnej o podatku i zaświadczenie z ZUS-u o wysokości składek w rzeczonym 2013 roku… Na kwitku z PUP-u miało pisać „Odbyła staż.” Udałam się do urzędu, na owe zaświadczenie musiałam czekać kolejny tydzień… Wcześniej jednak dzwoniłam do MOPS-u, aby upewnić się co dokładnie mam przynieść…

Z nowym dokumentem udałam się do MOPS-u gdzie pani powiedziała mi o kolejnym kwitku!  Wtedy to już konkretnie się wściekłam i poprosiłam o rozmowę z  kierowniczką, z którą kilka dni wcześniej rozmawiałam przez telefon. Pani odmówiła, ale do kierowniczki zadzwoniła sama tłumacząc jej o jaką sprawę chodzi i wspominając o wcześniejszej rozmowie telefonicznej. Po tej rozmowie urzędniczka dokumenty przyjęła… Powiedziałam, że tym razem  chcę zaświadczenia, o tym że złożyłam wszystkie potrzebne dokumenty, na co usłyszałam w odpowiedzi „że przyznawanie becikowego to wieloetapowy proces, którym zajmuje się wiele osób, a pani jest tylko od przyjmowania dokumentów…, a gdyby czegoś brakowało powiadomią mnie” .  Dostałam takich nerwów jak rzadko… Ale co miałam zrobić…

 

 

 

Po kolejnych dwóch czy trzech tygodniach otrzymaliśmy kolejne pismo „świadczenie przyznano”.

Spotkanie po latach

W Wigilię wybrałam się na spacer z moją córeczką. Wracając do domu spotkałam koleżankę – sąsiadkę z dzieciństwa. Wracała do domu na święta z Krakowa. Dosyć długo rozmawiałyśmy. O przeszłości, o naszych wspólnych wspomnieniach. O tym jak ułożyło się nasze życie teraz. I wtedy uświadomiłyśmy sobie jak wiele kiedyś nas łączyło, a jak niewiele wiemy o sobie teraz.

Wychowałyśmy się razem na ulicy (nikt wtedy nie kojarzył tego z niczym złym) grając w „chłopa”, „jasne piwko” czy skakając w gumę lub gotując zupy z kwiatków. Kiedyś każdy dzień spędzałyśmy razem bawiąc się we trzy czy cztery. Dziś mamy siebie w znajomych na facebooku, a żadna z nas nie wie o drugiej praktycznie nic. Ona nie wiedziała, że mam męża i dziecko, ja nie wiedziałam co studiuje, gdzie i że nie ma zamiaru wracać do naszej małej miejscowości. Ani ona, ani jej siostra.

Smutno nam się zrobiło, że z czasem wszystko tak się urwało… Każda ma swoje życie… Gdyby nie to przypadkowe spotkanie pewnie nadal nie wiedziałybyśmy o sobie praktycznie nic. I tak pewnie do kolejnego przypadkowego spotkania gdy ona wróci na kolejne święta odwiedzić rodziców.

Po tym spotkaniu naszła mnie pewna refleksja – my całe dnie spędzałyśmy „na polu”. Tak u nas mówi się „na polu”. Dzisiaj gdy latem wyjrzy się przez okno nie widać dzieci grających w piłkę, bawiących się „na ulicy”. Dzisiaj podejrzewam dzieci zamiast bawić się z rówieśnikami grają na komputerze, siedzą na fejsie… Ja pierwszy komputer miałam będąc nastolatką, kilka lat później internet.  I dzisiaj moje dzieciństwo wspominam wspaniale i chciałabym, aby moja córka miała podobne. Spędzone z realnymi koleżankami – choćby te znajomości z czasem się urwały, a nie w wirtualnym świecie facebooka…

Pierwsze święta we trójkę

Za każdym razem patrząc na moją małą córeczkę nie mogę uwierzyć w swoje szczęście. Szczególnie teraz gdy zbliżają się święta. Dziecko w tym roku jest najcudowniejszym prezentem jaki mogłam dostać.

Gdy sięgam pamięcią do zeszłego roku przypominają mi się wszystkie życzenia świąteczne jakie dostawaliśmy z mężem przy łamaniu się opłatkiem. Każdy życzył nam dzidziusia. I się spełniło. Córeczka jest naszym świątecznym prezentem. Dosłownie:)

Najbardziej utkwiły mi w pamięci słowa jednej osoby, która również życzyła nam tego samego, ale dodała przy tym „tak dużo mówiłaś o dziecku, tak chciałaś, a teraz? Praca i co?”. Tak bardzo zabolały mnie te słowa, tak bardzo chciałam mieć dziecko, a każdy test ciążowy, na którym była jedna kreska wprowadzała zamęt i mnóstwo wątpliwości w naszym związku. A teraz? Prawie rok po tamtych życzeniach moje szczęście ma już ponad trzy miesiące i z każdym dniem kocham je coraz bardziej.

Rok temu dostaliśmy najwspanialszy prezent – aniołek przyniósł nam ślicznego małego Aniołka, który rozświetla każdy nasz dzień.

 

P1010327

Blogosfera

Szukając ciekawych stron dla nowych mamuś ostatnio trafiłam tutaj:

http://canpolbabies.com/pl/

i na blogosferę, gdzie można wziąć udział w konkursie i przetestować produkty Canpol lub zorganizować konkurs na swoim blogu. Ja wybrałam drugą opcję – czyli konkurs dla swoich czytelników.

http://canpolbabies.com/pl/blogosfera

Mleko modyfikowane (nie)dobrane przez pediatrę

Wybór mleka modyfikowanego dla niemowlaka – tak ważny, ale jak często bagatelizowany nawet przez lekarza…

Po porodzie sami z mężem wybraliśmy mleko dla naszej córeczki jednak już po kilku dniach udaliśmy się z nią do przychodni, aby nasz lekarz rodzinny ją zbadał, a przy okazji chcieliśmy podpytać o kilka rzeczy. Zabraliśmy ze sobą także opakowanie po mleku, które podawaliśmy. Lekarka stwierdziła, że mleko jest bardzo dobre, jedno z  lepszych i mamy go cały czas podawać.

W trzecim tygodniu jednak dopadła nas zmora okresu niemowlęcego, a przynajmniej tak nam się wydawało – kolka. Masaże, okłady ciepłą pieluszką, koperek i inne domowe sposoby na niewiele się zdawały. Kupiłam w aptece kropelki na kolki- raz działały, innym razem nie… Czy to na pewno kolka?

Przy oczku naszej małej zaczęły pojawiać się czerwone plamki. Co prawda miała takie tuż po urodzeniu, ale później się zaogniły i stały bardziej widoczne.

Przy jedzeniu kopała, wypluwała smoczek mimo, że była głodna, słychać było przelewanie się w żołądku, a przy robieniu kupki po prostu płakała.

Spytaliśmy lekarza czy może nie trzeba by zmienić mleka, może problemem jest tutaj laktoza… Szczególnie, że jak się dowiedzieliśmy siostrzenica męża ma nietolerancję la laktozę. W odpowiedzi usłyszeliśmy, że to mleko jest bardzo dobre i mamy go nie zmieniać tylko podawać córeczce te kropelki. A plamki są bo je za często i mamy ograniczyć nocne karmienia. Zostaliśmy przy tym mleku, ale problemy tylko się nasilały. Znajomi doradzili nam zakup pewnych niemieckich kropelek, które podobno świetnie działają przy takich problemach. Odstawiliśmy całkowicie polskie kropelki i podaliśmy jej te niemieckie podobno o wiele lepsze…

I wtedy dopiero się zaczęło. Bezustanny płacz, próby szarpania się z butelką gdy była głodna, a po każdym łyku bulgotało jej w żołądku i wypluwała smoczek… Po kilku godzinach zmęczone dziecko usnęło, a zmęczeni jej uspokajaniem rodzice zasiedliśmy przed komputer w poszukiwaniu innego mleka. Był piątek wieczorem więc do pediatry mogliśmy iść dopiero w poniedziałek.

W końcu znaleźliśmy mleko z rozłożoną laktozą i na zaparcia, które wydało nam się najodpowiedniejsze. W sobotę rano mąż zaczął maraton po sklepach i aptekach i mleka nie kupił… Można było zamówić dopiero na poniedziałek… W jednej z aptek gdy poprosił farmaceutkę o radę doradziła mi inne mleko o tym samym działaniu i odesłała do Rossmanna. Faktycznie kupił to mleko. Dwa razy droższe od poprzedniego, ale czym są pieniądze gdy patrzy się jak własne dziecko cierpi… Stwierdziliśmy, że jeśli tylko jej spasuje to przy nim zostaniemy.

Po kilku godzinach włóczęgi w poszukiwaniu mleka w końcu nam je przywiózł. Córeczka jednak nie chciała go tknąć. Spróbowaliśmy… Było ohydne i o wiele mniej słodkie niż poprzednie. Jednak o kilku godzinach pojenia jej samymi herbatkami w końcu dała za wygraną i trochę zjadła. Pewnie stwierdziła, że skoro nic innego nie dostanie no to w końcu zje. Z czasem jej chyba zasmakowała i dziś zjada całą porcję.

Co się zmieniło po tej zmianie mleka? Przede wszystkim jest o wiele spokojniejsza co zauważyły nawet osoby widzące ją sporadycznie, już tak się nie wierci, nie wierzga. Je ze spokojem. Kupki robi bez płaczu. To dopiero tydzień jak podajemy jej to mleko, ale wydaje mi się, że dobrze zrobiliśmy zmieniając je.

Drogie mamy nie dajcie sobie wmówić, że coś co jest znanej firmy i podobno jest bardzo dobre musi być dobre dla Waszego dziecka. My zbyt długo pozwalaliśmy małej się męczyć i dziś tego żałuję. Inny lekarz przyznał nam rację z tą zmianą mleka. Zobaczymy co na kolejnej wizycie powie nasz pediatra. Może tamto mleko było dobre, ale akurat naszemu dziecku nie pasowało.

Jakie ubranka sprawdzą się dla niemowlaka

Może nie jestem specjalistą, ani nie mam wielkiego doświadczenia z dziećmi, ale jestem na czasie i w ciągu trzech miesięcy jakie upłynęły od narodzin mojej córeczki mogę już co nieco powiedzieć o ubrankach dla maluszków.

Kiedy w ciąży zaczęłam kupować dla dziecka wszystko co tylko wpadło mi w ręce i mi się spodobało moja mama mówiła: „dziecko nie lubi się ubierać, kupuj większe rzeczy i takie, które dobrze się zakłada”. Jak jednak mogłam oprzeć się prześlicznym, kolorowym ubrankom, na początku w kolorach uniwersalnych, a później coraz więcej w różowym. Nie myślałam o tym, że takie maleństwo rzeczywiście trudno będzie ubrać w maleńką sukieneczkę i rajstopki czy śliczną bluzeczkę, która nie ma guziczka przy szyjce…

Z dzisiejszej perspektywy mogę doradzić mamom oczekującym dzidziusia, aby przede wszystkim – nie kupowały zbyt dużo ubranek w rozmiarze 56 – zawsze lepiej kupić większe, a gdy dzidziuś urodzi się mniejszy ktoś może skoczyć do sklepu i dokupić te małe rozmiary nawet gdy jesteśmy jeszcze w szpitalu. Ja miałam jeden komplet w tym rozmiarze, a moja „maleńka” miała 57 cm, z tym, że była szczuplutka. I to ubranko owszem przydało się. Raz. Na wyjście ze szpitala. Na pierwszych szczepieniach okazało się, że ma już 69 cm, a zastanawiałam się czy ubranka na 62 i 68 kurczą mi się w praniu.

Tak samo dobra rada dla odwiedzających – na prezent wybierajcie większe rozmiary. Wiadomo przecież, że w te najmniejsze rodzice zaopatrzyli swoje dzieci jeszcze przed narodzinami. Moja córeczka dostała mnóstwo ubranek, które były na 62 czy 68 – niektóre założyłam jej raz i już z nich wyrosła, a pudło z małymi ubrankami dość szybko się zapełniło. Z mojej obserwacji na prezent najlepiej kupić rozmiary 74 czy 80 (u nas i mojej koleżanki właśnie takie rozmiary się przydały – ich zapasu rodzice zwykle nie mają).

A jakiego typu ubranka są najlepsze dla niemowlaka? Ja urodziłam we wrześniu więc piszę w perspektywy tej pory roku…

Przede wszystkim body – na początek najlepiej kopertowe lub przynajmniej na guziczki przy dekolcie, aby łatwo było je założyć. Do bodziaków pasuje nam wszystko: śpiochy, półśpiochy.

Kaftaniki- również dobrze sprawdzają się kopertowe lub zapinane na całej długości. Do kaftaników według mnie ubieramy śpiochy –półspiochy kompletnie się nie sprawdzają, bo dziecko ma ciągle plecki odkryte.

Półspiochy, spodnie- strasznie podobały mi się (i nadal podobają) takie ze stópkami gdzie np. jeśli motywem ubranka jest myszka to i uszka z noskiem są na stópkach. Bardzo ładne, ale praktyczniejsze są raczej spodnie bez stópek, bo z nich dziecko tak szybko nie wyrasta. Z tym, że musimy do nich ubierać skarpetki.

Sukienki… dla maleństwa jedno czy dwumiesięcznego trochę niepraktyczne. Zwykle ubieramy tylko idąc do kogoś lub gdy przychodzą goście, ale zwykle i tak kończy się na tym, że nasza córeczka po jakimś czasie ląduje w wygodnym dresiku czy śpioszkach.

Kombinezon- odpinany na całej długości!

 

1312879978_by_knight19_600

Niestety nie znalazłam żadnej grafiki o szafie niemowlaka…

Przystawiać, przystawiać, przystawiać, a laktacja się rozwinie…

Dziś trochę o karmieniu, albo raczej próbach karmienia piersią. Podobno każda kobieta jest zdolna wykarmić swoje dziecko – tak mówią położne, pielęgniarki, wykładowcy szkół rodzenie. Nie zgodzę się z tym stwierdzeniem. Mi jakoś nie dane było karmić moją córeczkę. Przez miesiąc walczyłyśmy, ale przy tym obie ryczałyśmy – ona z głodu, ja z bezsilności i bólu – to ostatnie przynajmniej przez czas pobytu w szpitalu.

Przed porodem nastawiona była na to, aby przynajmniej pół roku karmić piersią – w co jednak ciągle powątpiewałam patrząc na przykład mojej mamy i babci, które też miały z tym problemy.

Jednym z czynników, który przyczynił się do moich problemów z karmieniem był sposób rozwiązania – po cc laktacja jest trochę opóźniona. Tak było też w moim przypadku. Nawał nastąpił w czwartej dobie, ale do tego czasu pielęgniarki i położne starały się pomagać mi w przystawianiu dziecka, aby wszystko się rozkręciło. Problem pojawił się wraz z jedną pielęgniarką, która była na nocce w mojej drugiej dobie po porodzie. Kobieta była kategorycznie przeciwna dokarmianiu dziecka, a moją prośbę o dokarmienie podsumowała tak, że poczułam się jak najgorsza matka na świecie, która nie jest w stanie zapewnić dziecku pokarmu niezbędnego do życia. Przy tym zgryźliwie dogryzała ile to będę wydawać na mleko dla dziecka (a co ją to obchodzi?!). Nocka minęła nam w ten sposób: mała płakała, bo nic nie leciało i wypluwała pierś, pielęgniarka na chama wciskała ją jej z powrotem, ja płakałam z bólu i modliłam się, aby było już rano i przyszła kolejna zmiana. Nasze całonocne zmagania skończyły się tym, że piersi miałam całe pogryzione i pokrwawione (z winy tej durnej pielęgniarki, która zamiast pomóc prawidłowo przyłożyć dziecko cały czas gderała, tak że rosło we mnie tylko poczucie winy, jeszcze bardziej się denerwowałam, dziecko pewnie razem ze mną…).

Kolejny trzeci dzień walczyłyśmy pomimo bólu. Mała ciągle była głodna.

I oto nadszedł dzień czwarty. Nawał pokarmu. Z tym, że po nocce z tamtą pielęgniarką prawie nie byłam w stanie przystawiać  córeczki, a każdy najmniejszy dotyk sprawiał ogromny ból. W końcu w akcie rozpaczy poprosiłam męża, aby kupił laktator. Niektórzy twierdzą, że przez używanie laktatora laktacja zanika, mnie jednak uratował w tych pierwszych dniach i podawałam dziecku przynajmniej to odciągnięte mleko (taki mój nawał, że najwięcej udało się odciągnąć 20 ml – z zazdrością czytałam posty na forum kobiet, które rodziły w podobnym terminie i pisały o tym jak to mleko tryska im z piersi i odciągają po ponad setce…). Po powrocie do domu, do normalnej atmosfery wszystko się unormowało i mogłam znów przystawiać.

Pamiętam jak w Wielkanoc rozmawiałam z siostrą męża właśnie o karmieniu piersią. Opowiadała mi jaką to presję wywierają wszyscy wkoło na młodą matkę, aby karmiła. Stwierdziłam, że wygaduje głupoty… Przecież to do mnie należy decyzja. Teraz jednak w 100 % przyznaję jej rację. Pielęgniarki, położne, pediatra w przychodni, koleżanki, a nawet… moja mama! Która przecież mnie nie karmiła w ogóle.

Nie jest moim celem skarżenie się na cokolwiek, bo macierzyństwo jest dla mnie cudowne, karmiłam zaledwie miesiąc, ale i z tego miesiąca ogromnie się cieszę.

Chciałam tylko zwrócić uwagę na to jak ogromny wpływ na młoda matkę mają osoby z jej otoczenia. Kobieta tuż po porodzie, zmęczona – w przypadku cc na początku nie może wstać, a każdy tylko mówi „przystawiać, przystawiać, przystawić…”. Dziś wiem, że przy drugim dziecku byłabym mądrzejsza i nie dałabym sobie niczego wmawiać. Na oburzenie pielęgniarki, która zobaczyła u mnie laktator tym razem na pewno był zareagowała…

I jeszcze jedna kwestia jak wiele może zdziałać podejście personelu medycznego do pacjenta. Na kolejnej nocce była starsza pielęgniarka, która mówiła dokładnie to samo – o przystawianiu – z tym, że potrafiła to zupełnie inaczej przekazać. Gdy potrzebowałam jej pomocy nie bałam się do niej iść i o nią poprosić. Spytałam czy dobrze przewijam małą, bo w końcu nigdy nie miałam do czynienia z niemowlakiem, nie mówiąc już o noworodku. Poprosiłam, aby pomogła mi przystawić dziecko i pokazała różne pozycje do karmienia tak, abyśmy mogły z córeczką jednak zawalczyć o pokarm. Gdy okazało się, że po karmieniu jest nadal głodna dokarmiła mi ją. Kobieta była niezmiernie pomocna i naprawdę dużo mi przekazała. A żeby było śmieszniej później  okazało się, że dwadzieścia parę lat temu ta sama pielęgniarka powiedziała mojej mamie, że w szpitalu się nie dokarmia, bo matka ma swoje dziecko wykarmić! Teraz stwierdziła, że całkowicie zmieniła podejście, bo w ten sposób krzywdzi się zarówno matkę jak i dziecko.

Dziś pobyt w szpitalu i te pierwsze próby karmienia wspominam dobrze, zgrozą napawa mnie tylko wspomnienie owej jednej pielęgniarki, która wciskała dziecku zakrwawioną pierś na siłę – w ten sposób tylko zniechęcając mnie do karmienia. Jak się później dowiedziałam nie ja pierwsza, bo inne kobiety też o niej opowiadały niemiłe historie. Szkoda, że taka osoba pracuje z ludźmi, a szczególnie z młodymi matkami, które są szczególnie przewrażliwione.

Dziecko zmienia cały nasz świat

Długo, oj długo nie pisałam, a nawet wstyd się przyznać nie zaglądałam tutaj. A wszystko za sprawą mojego szczęścia, które przyszło na świat początkiem września i całkowicie zawładnęło moim życiem. O trudach porodu, o karmieniu i początkach – czasami dość trudnych – macierzyństwa jeszcze na pewno będzie…

Tak jak  w tytule napisałam przyjście na świat dziecka zmienia w życiu dosłownie wszystko. Nie ma już pracy, nie ma częstych wyjść na zakupy czy spontanicznych wyjazdów. Jest za to karmienie, kupki, sen i płacz, ale to wszystko sprawia, że życie staje się pełniejsze i szczęśliwsze – przynajmniej w moim przypadku. Wszystkie trudy i nieprzespane noce wynagradza delikatny uśmiech czy ściśnięty w maleńkiej rączce palec, a nawet ciąganie za włosy, które oznacza, że mój maleńki cud chce zwrócić na siebie moją uwagę.

Każdy kolejny postęp, każdy etap jaki razem przechodzimy napawa mnie szczęściem i pozwala cieszyć się życiem pomimo wszystkiego co złe i trudne.

I tak! Miłość od pierwszego wejrzenia istnieje! Ja doświadczyłam jej kiedy tuż po opuszczeniu brzucha po raz pierwszy pokazano mi moją kruszynkę – maleńką, bezbronną, jeszcze całą brudną i wrzeszczącą, ale dla mnie najpiękniejszą i najsłodszą na świecie.

Teraz mogę powiedzieć to z przekonaniem: jesteśmy już pełną rodziną –ja, mąż i nasza córeczka…

 

 

Jestem przy Tobie od pierwszego grama.
Tyś moje dziecko, a ja… Twoja mama…